HOME
PORTFOLIA / TECZKI
BIAŁO-CZERWONA / WHITE-RED
PROTEST TWÓRCÓW
BANK KALENDARZY
BANK WYSTAW
TWÓRCY I PRAWO
O NAS
KONTAKT
aktualizacja: 1.09.2018

PROTEST TWÓRCÓW
 HISTORIA
 PAMIĘTACIE?

  Kronika 2003
Relacje z PROTESTU z 2003 roku
 
PROTEST 201?   FORUM menu  

CUDOTWÓRCY

    Stała, wysoka dochodowość jakiejkolwiek działalności zawodowej, polegającej na dostarczaniu społecznie pożądanych dóbr i usług musi budzić uzasadniony niepokój odpowiednich organów Państwa. Wiele rynkowych przedsiębiorstw, tak państwowych, jak prywatnych, z trudem bowiem wiąże "koniec z końcem", narzekając przy tym na wysokie koszty uzyskania przychodów i drakońskie podatki oraz wykazując w precyzyjnych obliczeniach, że owe koszty są często równe uzyskiwanym przez nie przychodom. Bywa, i to nierzadko, że koszty te przekraczają wręcz uzyskiwane przychody, powodując straty, zagrażające firmom bankructwem, a społeczeństwu utratą miejsc pracy.

    W tym stanie rzeczy, istnienie enklaw gospodarczej pomyślności, wykazujących się i zadawalających zaledwie 50% - owym udziałem kosztów w uzyskiwanych przychodach powinno zawsze być sygnałem potencjalnej patologii gospodarczej. Najróżniejsze mafie alkoholowe, paliwowe, finansowe "oscylatory", "systemy" "argentyńskich pożyczek", które pod przykrywką działań produkcyjnych czy usługowych po prostu okradają współobywateli nie mogą liczyć na pobłażliwość Państwa i Prawa. Te patologie należy po prostu zlikwidować "a winnych nadużyć" ukarać.

    Nic więc dziwnego, że nowy, kompetentny Minister Finansów, ekonomista, prof. dr hab. Zyta Gilowska dostrzegła, że do owej elity gospodarczych cudotwórców, którym prowadzony interes zawsze musi się opłacać, należą twórcy i artyści, tak niechętni prowadzeniu pełnej, precyzyjnej księgowości swoich wydatków i zadawalający się zaledwie 50% - owym, ryczałtowym udziałem kosztów w uzyskiwanych przychodach.

    Skoro siedzą cicho, płacą podatki, nie manifestują, nie krzyczą i nie głodują przed Urzędem Rady Ministrów, to mają zapewne coś do ukrycia: domyślać się należy, że rzeczywiste dochody ze swej twórczej i/lub artystycznej działalności.
Ponieważ wszyscy, bez buntów i sprzeciwów swoje koszty działalności twórczej wykazują od lat w zryczałtowanej wysokości zaledwie 50%, musi to oznaczać, że im się to opłaca.

I rzeczywiście!

    Po ogłoszeniu projektu stopniowej przecież likwidacji owych zryczałtowanych kosztów uzyskania w okresie aż 2-ch lat, wystarczająco długim, by osoby zainteresowane miały czas zlikwidować swoje patologiczne interesy, opamiętać się i powrócić na drogę cnoty, odezwało się, jak Polska długa i szeroka, gromkie larum profesorów, artystów i dziennikarzy. Jedynie nieliczni, spośród tych ostatnich, zachowali trzeźwość osądu, czemu dali wyraz w swoich artykułach, popierających sprawiedliwe projekty Minister Finansów. Nazwiska tych nonkonformistycznych bohaterów "czwartej władzy" pozostaną w pamięci jako nieczęsty w dzisiejszych czasach przykład cywilnej odwagi i zdolności przeciwstawienia się ryczącemu stadu pobratymców i plemiennym interesom owego stada.

Martwi mnie tylko jedno:
    dlaczego prawdy tak oczywiste, tak miłe uszom piewcom równości i sprawiedliwości, nie mają naukowego wsparcia? Dlaczego nawet sam Rząd, Minister Finansów, odpowiednie Organy Skarbowe nie powołują się, jak dotąd, na rzetelne statystyki niezależnych instytucji, szczegółowe badania, wykazujące niezbicie, że średni dochód z uprawianej przez twórców i artystów działalności przekracza owe 50%, do których oni sami tak ochoczo się przyznają?
    Czy nie ma wiarygodnych opracowań, statystyk, w tym zagranicznych, przeprowadzonych przez światłych i niezależnych od zainteresowanych środowisk badaczy, które mogłyby wykazać i udowodnić niezbicie to, co Pani Minister, prof. dr hab. Zyta Gilowska ludowi do wierzenia podaje.
    Oprócz emocjonalnych polemik, połajań i politycznych zaklęć nie przeczytałem do tej pory żadnego, poważnego artykułu, wskazującego na naukowe źródła niezwykłego dla mnie, artysty i zarazem nauczyciela akademickiego, poglądu, że szeroko rozumiana oraz szczegółowo analizowana i rzetelnie rozliczana działalność twórcza przynosi grupie społecznej, która z ta działalnością się utożsamia i do niej przyznaje, przeciętny dochód wyższy od 50%.

    Dochód, a więc przychód minus koszty - wyższy od dochodów uzyskiwanych przez liczne prywatne i państwowe, lecz przecież nastawione na zarabianie pieniędzy firmy rynkowe.

    Czekam na dowód tego polskiego cudu gospodarczego - lub choćby uczciwą próbę tego dowodu przeprowadzenia, opartego na faktach, rzetelnej metodologii badań, wiarygodnych liczbach i porównaniach sytuacji ekonomicznej (fiskalnej, prawnej) twórców w innych krajach, tak Unii Europejskiej, jak i innych, biedniejszych i bogatszych regionów świata.

    Dopóki to nie nastąpi, pozwolę sobie żywić przekonanie, ugruntowane przez 35(wraz ze studiami) lat własnych doświadczeń w uprawianiu najstarszego (co udokumentowane jest licznymi odkryciami i naukowymi dowodami), liczącego przynajmniej tyleż samo tysiącleci zawodu twórczego, oraz przez 29 lat praktykowania tegoż zawodu jako akademicki nauczyciel, że jest dokładnie odwrotnie.

    Cały materialny, finansowy, ekonomiczny wkład w tworzenie, rozwój i podtrzymywanie ciągłości narodowej kultury, wnoszony przez samych twórców i artystów, wspierające ich rodziny oraz mniejszość rozumiejących ich pracę współobywateli, jest w Polsce od lat trwale większy, niż zsumowana całość nakładów Państwa na ten cel, wliczając w to również tę nieszczęsną, klującą wielu w oczy i wywołującą zazdrość "ulgę podatkową", obecnie wykorzystywaną ? jakże skutecznie! - do podżegania "sprawiedliwych" wszelkiej orientacji i wzniecania społecznej niechęci do "bezpodstawnie uprzywilejowanych" naukowców i artystów.

    Ograniczanie tego wkładu w "narodowy biznes kultury" do ryczałtowych 50% "kosztów uzyskania", odliczanych z uzyskiwanych dziś przez twórców honorariów i wynagrodzeń, pozwala nie tylko pomijać przyszłą, trudną do oszacowania z góry, lecz wzrastającą wartość materialną "wyprodukowanych" przez nich "dóbr i usług", ale, co gorsza, zapominać o wcześniejszych nakładach, swoistych "inwestycjach", które każdy twórca, wraz ze swoimi najbliższymi, ponosi przez całe lata, zanim mu wreszcie ktokolwiek za cokolwiek zapłaci.

    "Koszty uzyskania" są tylko przyznaniem oczywistego faktu, że wytworzenie dzieła, jakiekolwiek by było, wymaga wydatków. Wydatki takie ponoszą wszyscy bez wyjątku twórcy i artyści, niezależnie od tego, czy za swoja działalność uzyskują jakiekolwiek dochody, uprawniające do miłosiernego odliczenia tych wydatków od tego, co za swą pracę zarobią - czy też z braku zarobków czy honorariów za "pracę twórczą" pokryją oni te wydatki z innych źródeł.

    Modelowy przykład malarza Vincenta, utrzymywanego przez jego brata Theo to nie tylko historyczna anegdotka z odległej przeszłości i dalekiego kraju, ale rzeczywistość wielu polskich rodzin, pokaranych przez los utalentowanym czy zaledwie uzdolnionym potomkiem czy partnerką/partnerem życiowym. Takie genetyczne anomalie zdarzyć się przecież mogą w każdej rodzinie, nie tylko artystycznej; wiedzą o tym obaj byli Prezydenci RP i (nie czytam wszystkich kolorowych miesięczników) przynajmniej jeden z byłych Premierów. Nie jest chyba przypadkiem, że za ich miłościwych rządów owe "koszty uzyskania" twórców jakoś przetrwały powracające teraz zakusy na ich likwidację.

    Koszty uzyskania, nawet 50%-we, nie zapewniają nikomu pokrycia wydatków na "bycie artystą". Nie są nigdy równe rzeczywistym kosztom uprawiania zawodu. Niczego artyście nie "dają". Nie są też żadnym przywilejem, uzyskanym czyimkolwiek kosztem. Są w istocie zaledwie częściowym, fakultatywnym zwrotem nakładów, które ponoszą wraz z rodzinami i swoimi bliskimi twórcy - artyści, naukowcy, często pasjonaci swoich profesji, którzy kulturę, sztukę, naukę tworzą. Są niewygodną, toporną, upokarzającą twórców protezą, która ma zastąpić rzeczywiste wysiłki i wydatki Państwa na tworzenie sprzyjających warunków dla uprawiania różnorodnych form twórczej działalności oraz wyręczyć to Państwo w rozwiązaniu problemu, jak i za co mają przeżyć, wraz ze swoimi rodzinami, polscy twórcy w odrodzonej gospodarce rynkowej, której wciąż daleko do standardów i rozwiązań, praktykowanych u jej nieodległych odpowiedników.

    Czy jest im może, tym "uprzywilejowanym podatkowo", twórcom i artystom, łatwiej, prościej, weselej "tworzyć", upowszechniać, publikować i w końcu łatwiej sprzedawać swoje "produkty" czy "usługi twórcze", niż ich PT Koleżankom i Kolegom z Niemiec, Francji, Irlandii,Szwajcarii, Hiszpanii... itd." Czy zechciał to ktoś uczciwie policzyć, porównać - i dopiero wówczas wyciągnąć jakieś wnioski? A "przykręcić śrubę" dopiero po zbadaniu i przeanalizowaniu, jak z patologią "działalności twórczej" uporali się inni, starsi towarzysze europejskiej niedoli, a nie - zamiast?

    Odliczenie "kosztu uzyskania" następuje przecież wtedy - i tylko wtedy - gdy ktoś za "produkt" twórcy chce zapłacić, a przepis na to odliczenie pozwala. Oznacza to, że twórcy, w systemie swego rodzaju "przedpłat" lub "inwestycji" wspierają lub wręcz wyręczają Państwo w tworzeniu samym sobie - twórcom i artystom, warunków dla twórczości niezbędnych. Państwo przecież artystom niczego nie "funduje", żadnych im "zakładów pracy twórczej" (na szczęście ) nie tworzy, by mogli żyć i pracować jak artyści! I ze swoich dochodów (nie - przychodów) nakarmić, odziać, zapewnić dach nad głową sobie i swoim rodzinom. Te "przedpłaty" i inwestycje twórców we własne pracownie, farbki, pędzle, książki, skrzypce, wiolonczele, kontrabasy i fortepiany mogą jednak być przez Państwo w stopniu umiarkowanym refundowane, w postaci "kosztów uzyskania przychodu". Pod jednym warunkiem: że twórcy ci zdołają osiągnąć ze swej twórczości jakieś realne przychody, w których zostaną zastosowane owe "podwyższone" koszty uzyskania.

    Jest to więc raczej mizerny substytut "wspierania twórczości" przez Państwo, wykorzystujący dochody uzyskiwane przez samych twórców, podobny nieco do odpisu podatkowego (ulgi podatkowej) na wydatki związane np. z budowaniem mieszkań, kształceniem, leczeniem, darowizną na cele charytatywne, religijne czy inne ważne cele, przez Państwo (chwilowo zazwyczaj) uznanymi za warte tego, by swoją fiskalną pazerność ograniczyć.

    A co z twórcami, którzy nie są zatrudnieni na etatach, a za swoją twórczą pracę nie uzyskują dochodów żadnych, lub uzyskiwane dochody nie pozwalają im nawet na zapłacenie miesięcznej, minimalnej składki na "ubezpieczenie społeczne i zdrowotne twórców", która naliczana jest od kwoty równej co najmniej 60% przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia w poprzednim kwartale? Państwo, życzliwe twórcom, zakłada bowiem, że żaden twórca prawdziwy zarabiać nie może mniej niż 1517,17 zł (w marcu, kwietniu i maju 2006 roku), więc jeśli chce z opiekuńczych skrzydeł Państwa korzystać, powinien Państwu zapłacić, wyliczam po kolei:

Składkę na ubezpieczenie emerytalne 296,15 zł
Składkę na ubezpieczenie rentowe 197,23 zł
Składkę na ubezpieczenie chorobowe 37,17 zł
Składkę na ubezpieczenie wypadkowe (od 0,90% do 3,60%)
Składkę na ubezpieczenie zdrowotne 175,25 zł (tj. 8,75%)
Składkę na Fundusz Pracy 37,17 zł

    Państwo, oczywiście, żadnej pracy do opodatkowania i "oskładkowania" tym twórcom nie zapewnia; "wie" natomiast lepiej, niż oni sami, jak łatwo przychodzi im zarobić owe "obowiązkowe" 60% przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia, które im Państwo skrupulatnie, co do grosza, wylicza. Nazywa ten quasi-podatek pogłówny od twórców "minimalną składką na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne od osób prowadzących pozarolniczą działalność gospodarczą i osób z nimi współpracujących, twórców, artystów oraz osób wykonujących wolny zawód" i ogłasza w swych urzędowych biuletynach.
    Za żadne dzieła czy twórcze usługi im jednak nie płaci, nawet, gdy je pokazuje, czy też "udostępnia publiczności", jak np. dzieła sztuk plastycznych w swych państwowych Biurach (wystaw artystycznych), do których pozwala artyście je dowieźć na własny koszt i po wystawie odebrać, najczęściej uszkodzone, oczywiście bez odszkodowania, bo nigdy dzieł ich żyjącym autorom nie ubezpiecza. Pobiera wszakże od artystów opłaty za ich uczęszczanie na wystawy do tych Biur, czasem nawet udzielając im tam zniżek, gdy są np. studentami czy wykładowcami uczelni artystycznych. Pozwala im także tworzyć, bez żadnych (prawie) zakazów i ograniczeń, oraz przechowywać i dokumentować wytwory twórczej pracy, starannie je pakować i (jak np. wytwory sztuk plastycznych - obrazy, grafiki, rzeźby, instalacje) na własny (lub cudzy, lecz raczej nie "państwowy") koszt wozić, wysyłać na wystawy i konkursy na całym świecie, a później przywozić, odpakowywać, naprawiać, upychać w wolnym miejscu; pozwala je darowywać np. na charytatywne aukcje lub do muzeum a następnie darowiznę odliczyć w ramach stosownej ulgi, co dla wielu twórców jest poważną pozycją w ich budżetach, bo, po pierwsze, daje zwrot części zapłaconego podatku, po drugie, uwalnia w ciasnej przestrzeni mieszkania czy pracowni twórcy nieco miejsca na kolejne, nowe dzieło, a po trzecie zapewnia wiekopomną sławę i obecność w narodowym dorobku pokoleń ...

    Słowem, Państwo pozwala "być artystą"; nie wtrąca się raczej do tego, co artysta tworzy i na co artysta wydaje pieniądze, ale niczego mu do twórczej pracy nie zapewnia i za nic mu nie płaci. Poza wyjątkami, oczywiście... potwierdzającymi regułę.

    Mógłbym godzinami opowiadać o "logistyce" artystycznej działalności, która dla uprawiania twórczości plastycznej jest niezbędna i ją warunkuje, a która jest zapewne specyficzna dla każdego zawodu twórczego i artystycznego. Występuje jednak, towarzyszy każdej twórczej pracy. Sami artyści zdają się o tej rozbudowanej, uciążliwej lecz niezbędnej logistyce swoich zawodów ZAPOMINAĆ, zapominać o nieodpłatnie wykonywanych pracach i działaniach samokształceniowych, przygotowawczych, koncepcyjnych, organizacyjnych, biurowych, prawnych, upowszechniających; o wykonywanych osobiście, poza twórczą pracą, przez siebie i na własny koszt fizycznych czynnościach pakowaczy, tragarzy, kurierów, sekretarzy, spedytorów, konserwatorów i inwestorów w swoich jednoosobowych, znakomicie prosperujących firmach, uzyskujących tę fenomenalną, 50%-wą dochodowość, tak dziś bulwersującą Panią Minister Finansów, prof. dr hab. Zytę Gilowską.

    Wyliczanka "pędzel, fujarka, pracownia" nie wyczerpuje przecież, według dostępnej mi wiedzy i własnego doświadczenia, kosztów prowadzenia żadnego, artystycznego czy twórczego biznesu; nie są mi jednak znane - niestety! - znane żadne opracowania, które by się tym rzetelnie zajmowały.

    Być może znają je ekonomiści lub politycy, którzy, jak prof. dr hab. Zyta Gilowska na pytanie "komu dołożyć podatkiem, by obniżyć składki o 5%" ("Neewswek", nr 17/2006 z 30. 04. 06), odpowiadają jasno i bez niedomówień, cytuję: "Głównie tym, którzy korzystają z różnych nisz podatkowych. Na przykład osobom, uzyskującym przychody z tytułu umów o dzieło, zleceń. Ja też z tego przywileju przez lata korzystałam. Dla 800 tysięcy ludzi jest to jedyne deklarowane źródło dochodów. Jeśli odpisują 50-procentowe koszty uzyskania przychodów, to równocześnie nie płacą od tego składek, a podatek dotyczy tylko połowy przychodu. W sumie dochody takich osób są obciążone klinem podatkowym w wysokości 9,5 proc., podczas gdy wynagrodzenie nauczyciela, lekarza, urzędnika obciążone jest klinem 41,9 procent . I nieco dalej: "...Chodzi o dochody osób, które chyba wypisały się z państwa polskiego i z systemu obowiązkowych składek na ubezpieczenie społeczne . To na tym polega przedsiębiorczość, żeby nie płacić składek" O to chcecie się ze mną bić? Patrzycie przez pryzmat swoich 50-procentowych kosztów uzyskania przychodów. Każde wakacje się kiedyś kończą. "

    Pani Minister zręcznie wbija swój KLIN PODATKOWY między mnie, artystę i zarazem nauczyciela akademickiego, a "nauczyciela, lekarza, urzędnika", oraz pomiędzy mnie, zatrudnionego na państwowym etacie artystę, a moich kolegów - artystów wolnych i niezależnych, którym w porównaniu ze mną niczego, poza środkami do życia i finansowania twórczej działalności nie brakuje. Czyni to w imię walki z bezrobociem; (znów cytuję) "Głównym dramatem Polski jest najwyższe w Unii bezrobocie. Półtora miliona obywateli w wieku 19-24 lata pozostaje bez pracy, choć często ma znakomite wykształcenie. To jest problemem, a nie dogmatyczne problemy redystrybucji". I dodaje: "...w chwili, kiedy wchodziłam w skład rządu, zdefiniowałam się precyzyjniej: jestem chrześcijańskim liberałem".

    Zgrabnym zwrotem o "osobach, które chyba wypisały się z państwa polskiego i z systemu obowiązkowych składek na ubezpieczenie społeczne" prof. dr hab. Zyta Gilowska załatwia wszystkich twórców na cacy; co bowiem różnić miałoby te "osoby" od kombinatorów paliwowych, przemytników, czy innych rakowatych narośli na społeczno-państwowym organizmie"
    Cóż z tego, że jest to dla 800 tysięcy "jedyne deklarowane" źródło niepewnych dochodów, skoro jest to źródło moralnie podejrzane" Nie bardzo przy tym rozumiem, jak można, tak dobrze zarabiając, nie płacić przy tym, jak podaje Pani Minister, składek na "ubezpieczenia społeczne i zdrowotne od osób prowadzących pozarolniczą działalność gospodarczą i osób z nimi współpracujących, twórców, artystów oraz osób wykonujących wolny zawód", rezygnując tym samym dobrowolnie z niezbędnej ochrony zdrowia, zasiłku chorobowego, renty powypadkowej i emerytury? A więc, po podniesieniu podatków od umów o dzieło liczba bezrobotnych obywateli, zdaniem Pani Minister zmniejszy się, a wpływy z tego tytułu do ZUS - wzrosną?

    Doprawdy, ta ekonomiczna logika mnie przerasta; chrześcijański liberał gorszy się, że aż 800 tysięcy podatników nie stoi w kolejkach przed Urzędami Pracy, mimo, że nie mają żadnych, ani państwowych, ani prywatnych etatów! Że zatrudniają oni samych siebie w swoich jednoosobowych "przedsiębiorstwach"; że utrzymują siebie i swoje rodziny z uzyskiwanych honorariów z pracy twórczej, której podejrzanie wysoka, 50%-wa dochodowość woła o pomstę do nieba, w sprawiedliwym ustroju (III-ej? IV?) Rzeczypospolitej. Że ludzie ci, płacąc wszelako Państwu swoistą "dziesięcinę" od uzyskiwanych przychodówi, nie oglądając się na to Państwo sami budują swoje "warsztaty pracy twórczej", które, jakiejkolwiek pracy służyłyby, trzeba przecież gdzieś pod jakimś dachem umieścić, wyposażyć, ogrzewać, sprzątać i amortyzować...

    Ale to właśnie jest, cytuję znów PT Panią Minister, "niesprawiedliwe i sprzeczne z konstytucją" . Piękne, mądre słowa chrześcijańskiego liberała: oto niesprawiedliwe i sprzeczne z konstytucją RP jest odliczanie poczynionych inwestycji i poniesionych wydatków przez twórców i artystów z przychodów uzyskiwanych przez nich z wykonywanej osobiście pracy twórczej w aż 50%-ach ...
Skąd jednak Pani Minister wiadomo, że starczy im całego życia, by poniesione inwestycje i nakłady "odliczyć" z tych 50%-owych "kosztów uzyskania" przychodów? Są na to jakieś państwowe gwarancje? Lub chociaż wiarygodne obliczenia?
    A ile odliczają sobie w kosztach, w zgodzie z Konstytucją i Ustawami RP najlepsze, najprężniejsze, najbardziej dochodowe, wolnorynkowe firmy państwowe? A prywatne? Zaledwie 10, 20, 30, czy 49,99%? Czy mogę prosić o dokładne liczby?

Cóż dodać...

    Przed laty, gdy nieodżałowanej pamięci Minister Finansów prof. dr hab. Grzegorz Kołodko rozszerzył był "przywilej" 50%-wych kosztów uzyskania, z których, jako artysta-plastyk "od zawsze" korzystałem, na nauczycieli akademickich, których twórczej działalności, mimo etatowego zatrudnienia trudno zaprzeczyć, dawałem wyraz swemu zaniepokojeniu tym danajskim darem, mówiąc kolegom, ze jeszcze nam to dobrodziejstwo bokiem wyjdzie. Nie pomyliłem się, bo ten sam Profesor i Minister gotów był w 2003 roku "przywilej" ten twórcom zabrać, bo zmienił zdanie. Ale dlaczego, skąd czerpał do tego nową, słuszną wiedzę i argumenty - już nie zdołałem się dowiedzieć, bo Minister, pod wpływem (chyba) protestów lobby zainteresowanych odstąpił był od swego reformatorskiego zamiaru.

    Tak, przyzwyczaiłem się do tego "przywileju" - i nie uważam tych ryczałtowych kosztów za zbyt wysokie; każdy kupowany przeze mnie album (taka gruba książka z wieloma kolorowymi obrazkami) kosztuje mnie bowiem częściej 60 euro, niż 60 zł, jak równie gruba książka bez obrazków, przeznaczona dla ekonomistów. Ale chętnie kupię i przeczytam dzieło, opracowanie, mądrą księgę, która przekonała obu Ministrów Finansów o konieczności zabrania mi tak hojnie przyznanego 50%-go odpisu, od części mojego akademickiego wynagrodzenia. Wynagrodzenia, z którego pomyślnie sam siebie, artystę niemal bez przychodów z "właściwej" pracy artystycznej, od kilku lat sponsoruję, dzieląc się z nim i kupując mu, czyli sobie - artyście wszystko, co jest do pracy niezbędne, a co moi koledzy fizycy, chemicy, ekonomiści czy historycy chociaż po części znajdują w swoich, zazwyczaj nie najlepiej wyposażonych uczelnianych pracowniach, laboratoriach, bibliotekach czy państwowych archiwach.

    Może wreszcie dowiem się, dlaczego wykształceni i utytułowani ekonomiści uważają moje, 50%-we koszty uzyskania za zawyżone, dlaczego nie widzą ich, jak ja, w skali całego mojego życia, przynajmniej od chwili podjęcia artystycznych studiów, a nie tylko w chwili, gdy podejmuję moje dzisiejsze wynagrodzenie; dlaczego nie uwzględniają w tych obliczeniach także "kosztów uzyskania", ponoszonych przez twórców bezrobotnych i kiepsko na swojej twórczości zarabiających" Dlaczego uważają, że mogą oni bez szemrania płacić "minimalną składką na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne od osób prowadzących pozarolniczą działalność gospodarczą i osób z nimi współpracujących, twórców, artystów oraz osób wykonujących wolny zawód" , arbitralnie ustaloną przez państwowych urzędników na co najmniej 719 zł?

    Dlaczego Pani Minister, zabierając wszystkim (lub niektórym, jak słychać ostatnio) twórcom ich "koszty uzyskania", chce uzyskane z tego tytułu oszczędności "dołożyć" uczelniom czy innym, państwowym instytucjom, a nie np. przeznaczyć na sfinansowanie różnicy, występującej pomiędzy wyznaczoną przez Państwo od "wolnych" twórców ubezpieczeniową daniną, a rzeczywistym, policzalnym, możliwym do zapłacenia procentem od naprawdę uzyskiwanych przez nich - a nie domniemywanych przez biurokratę, "zryczałtowanych" do owych 60% statystycznego, przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia w poprzednim kwartale, przychodów?

    Gdyby tak było, przebolałbym, jako etatowy "artysta akademicki", utratę tego, pożal się boże, przywileju, dałbym się wygnać z mojej milutkiej "niszy podatkowej", bo miałbym nadzieję, że więcej moich bezrobotnych kolegów-artystów zacznie, dzięki rozsądnej pomocy Państwa, płacić wreszcie te ubezpieczeniowe składki, na które dziś ich po prostu nie stać. Obecny "system społeczno-gospodarczy" bezrobotnych Artystów Rzeczpospolitej traktuje jak patologicznych nierobów, odmawiając im jakiejkolwiek pomocy, choćby takiej, z jakiej korzystają posiadacze ziemscy - rolnicy, których składka ubezpieczeniowa w KRUS na ubezpieczenie emerytalno-rentowe wynosi w II kw. 2006 roku 179 zł, a na ubezpieczenie chorobowe 72 zł, a którzy mogą posiadane gospodarstwa sprzedać, wydzierżawić, oddać za rentę lub ubiegać się o unijne dopłaty do każdego hektara posiadanej ziemi. Czemu politycy ignorują te liczby i fakty?

    Artyści, którzy nie są w stanie nadążyć za wymaganiami gospodarki rynkowej i na siebie zarobić, zdają się w przekonaniu polityków - a już na pewno Ministra Finansów - po prostu nie istnieć w naszym bogatym, kulturalnym kraju, w którym Sztuka jest przecież jedną z najpilniejszych potrzeb społecznych i w którym artyści tak dobrze, tak łatwo jak ciepłe bułeczki, sprzedają "na umowę o dzieło" swoje wyroby i usługi spragnionym strawy twórczej, zamożnym współobywatelom i hojnym instytucjom kultury...

    Przecież wiadomo wszystkim, a już PT Ministrom Finansów na pewno, że posiadanie oraz uprawa ziemi jest w naszym kraju nieopłacalna - a wszelka twórczość, wprost przeciwnie - wysoce, aż nadto dochodowa.

Dobry artysta to martwy artysta

    Prawdę tę zna każdy historyk sztuki, marszand, właściciel domu aukcyjnego i kolekcjoner, nabywca dzieł sztuki, który w systemie gospodarki rynkowej swoimi pieniędzmi głosuje, na tego tam Rembrandta, Van Gogh'a, Malczewskiego, Nikifora czy Beksińskiego. Zna ją także Minister Kultury, finansujący owe państwowe "Biura" Wystaw, udostępniane (nieodpłatnie i bezhonoraryjnie) przede wszystkim artystom żyjącym; płacący profesorom Akademii Sztuk Pięknych gorzej, niż płacą średnio inne uczelnie państwowe; utrzymujący z państwowej kasy Muzea i ich personel, (tak sprawnie w Krakowie przepędzający z nich zagraniczną i krajową publiczność, na pół godziny przed urzędową godziną zamknięcia wrót wejściowych do tych przybytków Kultury, a tuż po zamknięciu muzealnych kas); Minister, walczący teraz wszakże (i za to Mu chwała), o interesy artystów jeszcze żywych, zanim naturalnym porządkiem Historia ustali w końcu ich ostateczny ranking i wyznaczy rynkową i kulturową wartość dziś produkowanych i niedoszacowanych Dzieł.

    Sami artyści, ci cudotwórcy, całe lata uprawiający swój proceder kosztem, którego nikt, nawet oni sami, nie policzył, a który najlepiej oszacować potrafią chyba jedynie ich bliscy i ci koledzy ze studiów, którzy od twórczości rozsądnie odeszli, łudzą się chyba, że kiedyś, z przyszłych honorariów za swoje dzieła i z odliczonych z łaski kosztów ich uzyskania, za życia jeszcze "odbiją sobie" za lata wyrzeczeń, za poniesione "inwestycje", wydatki na kształcenie, zbudowany warsztat, pracownię, narzędzia, materiały i za to całe swoje, jakże przyjemne "bycie artystą".

    Zawód twórcy, zawód artysty, którego kolejni Ministrowie nie potrafią jakoś odróżnić od umilającej czas rozrywki czy hobby, musi przynosić również rozliczne profity innej, niż tylko finansowa natury. Musi się wszechstronnie opłacać. Potwierdzam: opłaca się.
    Inaczej fenomenu wciąż nowych kandydatów na artystyczne studia, ich żarliwości i nadziei, pracowitości, gotowości i zdolności do wyrzeczeń, oraz samego funkcjonowania w Polsce działalności artystycznej, jej intensywności i żywotności - takiej, jaką znam - wyjaśnić i usprawiedliwić nijak nie potrafię.

    A w dodatku, jak już teraz powszechnie wiadomo, działalność twórcza w Polsce to lekki kawałek chleba i łatwy - jak na razie! - przynajmniej w 50%-ch dochodowy biznes.

GB
Kraków, 15 czerwca 2006
g.bana@onet.eu
Dane osobowe udostępniam na zasadzie wzajemności każdemu, kto zechce mi się przedstawić oraz podjąć polemikę na powyższy temat

 
PROTEST TWÓRCÓW   FORUM menu   DO GÓRY
 
 LINKI 2006

  PODPISY
Zobacz LISTĘ SYGNATARIUSZY PROTESTU
  FORUM
PUBLICYSTYKA,
panel dyskusyjny
  NAPISZ
OPINIE, OCENY, WYPOWIEDZI...
 PRASA pisze...
PRASA O PROTEŚCIE TWÓRCÓW
HOME   PORTFOLIA   BIAŁO-CZERWONA/ White-Red   PROTEST TWÓRCÓW   TWÓRCY I PRAWO   KONTAKT  
copyright 2003-2018 - ® Janusz Kobyliński